poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Słońce na talerzu
















































































































Jest taka pora roku, kiedy z łąk znikają jaskrawe błękity i czerwienie i zanim przyroda pogrąży się w brązach i rudościach wczesnej jesieni, wybucha wszelkimi odcieniami żółci słoneczników, aksamitek, nawłoci... Tę słoneczność można celebrować w kuchni, piekąc ciasto żółte jak szafran, ze skórką brązową jak wygrzewający się na werandzie Bursztyn i jak uszy Rafika...

Ciasto w tej wersji powstało jako wynik mojej fascynacji ciastem marchewkowym, którego liczne odmiany testuję na cierpliwym Panu Tymianka. Tę słoneczną wersję testował z dużym zaangażowaniem.


Najlepiej podawać je z Tymiankiem. Albo z innym dowolnym kotem.




Ciasto kokosowo-marchewkowe


4 jajka
20 dag cukru pudru (albo więcej, jeśli marchewka nie jest słodka)
1/2 szklanki stopionego masła
150 g mąki pszennej
150 g wiórków kokosowych
1 łyżeczka proszku do pieczenia
400 g marchewki startej na grubych oczkach


Żółtka utrzeć z cukrem, dodać masło, mąkę i proszek, potem wiórki kokosowe i marchewkę.
Na końcu wymieszać delikatnie z pianą ubitą ze szczyptą soli. Piec w formie tortowej w temp. 180 st. ok. 1 godz. - do suchego patyczka

wtorek, 11 sierpnia 2009

Plamy słońca na kuchennej podłodze









































Kuchnia w sierpniu jest najładniejsza. Przez wschodnie okno od wczesnego ranka wpadają ciepłe promienie, podłoga jest nagrzana, a przy zaparzaniu kawy trzeba bardzo starannie stawiać kroki, by omijać rozszalałe kocie kłębuszki. Tę porę powinno się zamykać w słojach, a słoje otwierać w mgliste grudniowe poranki...




środa, 5 sierpnia 2009

O miłościach wielkich i małych
























































W deszczowe dni zdarzają się takie chwile błogosławionego spokoju, gdy koteczki zasypiają nagle w koszykach, które bez umiaru stawiam na ich drodze, dorosłe koty zagłębiają się w swoje poduszki, a ja, pilnując wielkich garnków z bulgoczącym na kuchence "psim obiadem", oddaję się zajęciom intelektualnym. Tym razem podkusiło mnie, by zajrzeć do grubych zeszytów, które jako nastolatka zasmarowywałam zwierzeniami na temat chłopięcych imion zmieniających się w zastraszającym tempie, a zwierzenia umacniałam literacko wierszykami, których Wam litościwie oszczędzę. Trafiłam jednak na rarytas, którym muszę się podzielić: na cienki, wypłowiały "zeszycik wpisów pamiątkowych" z wyjazdu w Bieszczady. Było to naprawdę przed wiekami, Magoda chyba nawet nie marzyła o swojej bieszczadzkiej Chacie, a istniały wtedy wakacje dla młodzieży organizowane przez parafie i zwane oazami.

Na taką cudowną oazę w Wołkowyi, pośród najpiękniejszych krajobrazów świata, trafiłam jako piętnastolatka. Miałam blond włosy do pasa i to niektórym kolegom nasuwało bardzo pochlebne opinie na temat mojej duchowości, czemu dali wyraz w tych pożegnalnych przeuroczych zapiskach:



"Wszystko mija jak zdmuchnięty kwiat na wietrze. Ale w moim sercu jest znamię, które Ty mi wyryłaś. Adam". Wyryłam to znamię niespecjalnie głęboko, bo kilka miesięcy później zakochał się w niejakiej Małgosi.

"Z żalem rozstania i nadzieją spotkania. Janusz"

"Obyś swoje życie karmiła słowem Bożym. Romek" No tak, został księdzem.

"Pamiętaj, jesteśmy jedną rodziną, rodziną dzieci Bożych. Reni - Jacek". Nie przypomnę sobie, jak wyglądał Jacek, ale miło mieć gdzieś rodzinę.

"Kochać to znaczy cierpieć. Dla Renaty Robert". Robercie, nie mam pojęcia, kim byłeś i gdzie jesteś, ale miałeś rację!

Nie ma wpisów od kolezanek? O, jest jeden: "Największym nieszczęściem jest zabijać miłość. Barbara C." Barbara C. najwyraźniej była już po lekturze "Lalki".

A teraz mój wpis najulubieńszy, autorstwa Włodka: "W miłości nie ma nic małego".

Włodku - myliłeś się! Miłości są wielkie, jak Pan Tymianka i maleńkie, jak Groszek i Melisa.
Są też bardzo, bardzo małe, ale za to gorące. Jedna miłość malutka i bardzo gorąca trwa we mnie, odkąd pamiętam i bez przysiąg na wierność będzie wieczna. Nazywa się skromnie: placki ziemniaczane.






















sobota, 1 sierpnia 2009

Poezja starej księgi






















Mam na kuchennej półeczce z książkami księgę ocalałą cudem z pożogi, jaką czyniły niegdyś moje dziecięce rączki. Wydana w połowie lat 50. XX wieku, a więc pisana w najsmakowitszym stylu peerelowskim, była pierwszą książką kucharską, jaką udało się kupić mojej mamie, książką już wtedy nieco przestarzałą, ale solidnie przygotowującą młodą mężatkę do odpowiedzialnych czynów kuchennych. Z sentymentem przegladam jej pożółkłe kartki, czytając przepisy na "brukiew oprószaną" albo "racuszki z kaszy manny", ale największy zachwyt budzą wskazówki ogólne, na przykład opis przyjęcia "z okazji przyznania odznaczenia państwowego".






Jak dobrze, że nie wyrzuciłam tej książki! Jak bym sobie bez niej poradziła, gdy Pan Tymianka przyniesie wreszcie do domu jakieś odznaczenie państwowe?






Tymczasem, w oczekiwaniu na to doniosłe wydarzenie, wyławiam z miłej księgi całkiem udane przepisy, a od lat wspólnie z Bianką wspólnie kisimy ogórki na zimę...












Ogórki starannie umyć i osączyć. Układać w wyparzonych słojach, kładąc na dno, w połowie i na wierzchu łodygi kopru, paski chrzanu, liście dębowe, wiśniowe lub czarnej porzeczki, czosnek, gorczycę. Zalać zimną solanką sporządzoną z przegotowanej wody z dodatkiem soli, biorąc na 1 litr wody 5 dag soli.