środa, 11 maja 2011

W poszukiwaniu czasu majowego















W maju Czas przystraja się we wzruszające młode listki, a mnie wzrusza zachwyt, jaki niezmiennie, każdego roku, pojawia się na ich widok w mej coraz starszej duszy.
Chociaż stopy zanurzają się w łąkowych falach mleczy, a głowa zatapia w delikatnej pianie listków,
to dawno minął czas, gdy bezczelnie zgarniało się taki maj w niezgrabny, lecz wzruszający teraz wierszyk:

Niebo miekkie jak popiół
nadyma szare chrapy,
a obok moich kroków
toną w trawie psie łapy.

I chociaż maj oglądam
po raz dwudziesty pierwszy,
odkładam go i chowam
dla siebie i dla wierszy.

Księżyc wyniośle blady
jakby wstał po anginie
podświetla nasze ślady
i płynie, płynie, płynie...

Robiąc zapasy majowego czasu, musiałam niemal w tym samym czasie uporać się z dramatem cudzego czasu utraconego, a właściwie z własnym dramatem nie przeczytanej lektury, której to lektury bezlitośnie domagał się ode mnie profesor na egzminie z literatury powszechnej.
Czy dwudziestolatka ma czas na poszukiwanie czyjegoś utraconego czasu? Czasu tropionego przez właściciela w siedmiu tomach?! Dwudziestolatka absolutnie nie ma czasu do stracenia, szczególnie w maju, w maju! Przekartkowałam więc tomy ze wstrętem, z nadzieją, że Opatrzność też nie lubi Prousta i ześle mi na egzamin coś przyjemniejszego.
Opatrzność jednak lubi Prousta albo nie lubi niewydarzonych dwudziestoletnich poetek, bo gdy profesor wysłuchał cierpliwie błyskotliwych wywodów na temat "Zbójców" Schillera (żadna sztuka, gdy się przeczytało dzień wcześniej), zamiast zachłysnąć się zachwytem nad moją wiedzą i elokwencją, rzucił sucho:
- W stronę Swanna!
Niegodziwiec! Nie dość mu było, że rok wcześniej utłukł mnie Arystotelesem, teraz chciał jeszcze dobić smakiem magdalenki i zapachem kwitnących głogów?! Zaczęła się śmiertelna walka: walka o CZAS.
O święty czas wakacji nie zbrukanych obecnością klasyków francuskich. (Koleżanka, która w podobnym pojedynku uległa przeciwnikowi, w pociągu wiozącym ją nad szafirowy Bałtyk na zalotne pytania pasażerów: Co pani czyta?, musiała odpowiadać: "Gargantuę i Pantagruela" i smutek ją ogarniał wielki, bo wszyscy potencjalni książęta na białych koniach - chwilowo podróżujący PKP - odsuwali się od niej i milkli, nie bacząc już na jej urodę i zalety ducha).
Mefisto znęcający się nade mną na egzaminie (taki miał typ urody, trudno) był to człek dojrzały i inteligentny piekielnie i lepiej ode mnie wiedział, że historia Swanna jest dla mnie terenem dziewiczym, ale z uznaniem odniósł się do mojej bezczelności, albo nieco wbrew sobie zanurzył się w cień zakwitających dziewcząt (zakwitającego dziewczęcia, niech będzie) i wypuścił na wolność z oceną bardzo dobrą po tym, jak z niezwykłym tupetem przekonywałam go, że "W poszukiwaniu straconego czasu" jest powieścią tak skonstruowaną, że nie da jej się streścić, bo tam wszystko opiera się na ulotnych wrażeniach, smużkach minionych dni i uczuć, zapachach (nieszczęsna magdalenka) i tak dalej.
Od tego czasu minęło wiele majów, a tomy "W poszukiwaniu straconego czasu" nadal stoją na półce nie
tknięte i czekają na czas, gdy zacznę tropić własny czas utracony i z czułością zwrócę się do starego Prousta.



Majowe kruche listki

2 i pół szklanki mąki
3/4 szklanki cukru pudru
szczypta proszku do pieczenia
kostka margaryny
4 żółtka

Ciasto zagnieść, schłodzić w lodówce, rozwałkować cienko. Ciasteczka piec w 180 st. na złoty kolor.
Są delikatne i kruche, a inspiracja pochodzi stąd:

http://szklankamaki.blogspot.com/2011/03/najlepsze-kruche-ciastka.html