piątek, 14 grudnia 2012

Zima!









P.S. Ponieważ moje blogi są od pewnego "ostrzeliwane" przez obrzydliwe reklamy, musiałam wszędzie wprowadzić moderację komentarzy. 
Mam jednak nadzieję, że osoby zaglądające tu od czasu do czasu zostawią miłe słówko.

środa, 24 października 2012

Duszki





Ja jestem duch,

                                                             astralny puch
                                                             pogodny i beztroski!
                                                             Od moich psot
                                                             nie tryska pot,
                                                             nie stają dęba włoski!








Gdy spotkasz mnie,

                                                           ubawisz się,
                                                           bo przezabawnie plotę.
                                                           No, dość na dziś,  
                                                           już muszę iść,
                                                           na razie tak, a potem...






                                                             Spotkamy się na tamtym świecie,

                                                             więc pośpiesz rad
                                                             na tamten świat!
                                                             Będziem się się śmiać ty i ja
                                                             zrywać boki, ha, ha!
                                                             Spotkamy się,
                                                             tymczasem pa!   

                                                                              Jeremi Przybora



























niedziela, 7 października 2012

niedziela, 16 września 2012

Rozmarzyłam się...




Mam kilka śmiesznych słabości. Słabości chyba zawsze są śmieszne?

Zbieram stare guziki, stare blaszane imbryki, stare gazety i stare przepisy.
  To ostatnie jest szczególnie śmieszne u osoby, która z namiętnością wynajduje powody, żeby nie ugotować obiadu, no i w ogóle w kuchni najchętniej układa na półkach czerwone imbryczki.
  Ponieważ jednak z pokorą dostrzegam swoje wady, a pragnęłabym bardzo być dla ukochanego mężczyzny idealną żoną/matką/kochanką (niepotrzebne skreślić), próbuję okiełznać swój zły charakter i lenistwo i właśnie w tychże celach samowychowawczych kupiłam na allegro zestaw stareńkich broszurek kulinarnych pod kuszącym tytułem „Rozkosze podniebienia”.
Przy czytaniu jednej z nich doznałam absolutnej rozkoszy intelektualnej, ba, wręcz ekstazy!
Już tytuł zapiera dech: „Kapuśniak na 165 sposobów”. A potem porażające słowo wstępne:
„Pan Henryk Dębski twierdzi, że kapuśniak kryje niewyczerpane możliwości, zna ich 181,
a każda z nich może być atrakcją wykwintnego stołu”.

Rozmarzyłam się… Sto osiemdziesiąt jeden rodzajów kapuśniaku? Gdybym myślała przez pół życia, może wymyśliłabym ze trzy rodzaje? Jakim gigantem wyobraźni musiał być nieznany mi, niestety, pan Henryk Dębski, jakim wizjonerem smaków oddanym bez reszty kapuście? I wyobraziłam sobie siebie tropiącą kapuściane kreacje Henryka Dębskiego niczym Julie Powell kopiującą przepisy kulinarne genialnej Julii Child.

Czy zdołam się oprzeć takiemu wyzwaniu? Sto sześćdziesiąt pięć dni, gdy powitam utrudzonego Ukochanego parującym talerzem kapuśniaku?!

I nie róbcie zakładów, ewentualni nieprzyjaciele moi, po którym dniu tego wyrafinowanego eksperymentu Pan Tymianka udusi mnie głąbem. Nie udusi.
Nie znacie jeszcze tego, co najpiękniejsze: nazw. Sto sześćdziesiąt pięć nazw kapuśniaku,
niewiarygodne bogactwo skojarzeń, metafor, szczypta pikanterii, marzenia o podróżach…
  Zacznę chyba od „Hotelu Eldorado”. Brzmi dystyngowanie, elegancko, w sam raz na początek długiego romansu. Potem może „A’la Kasyno”, „Alfred”, „Bogaty Li”, „Retro”,
wszystko w atmosferze fin de siecle’u. Potem na przykład „Cassat”, „Veronese”, „Colbert”,
„Coveur”, „Eliza”.
  Opuszczamy przepych kurortów nad Morzem Śródziemnym i ruszamy na podbój mórz i dalekich lądów: „Po admiralsku”, „Po kapitańsku”, „Po amerykańsku”,
„Chicago”.
  Jeśli Panu Tymianka od tych podróży zakręci się w głowie, uspokoję go literacko
kapuśniakiem „Lermontow”, „Rostow”, „Wroński”, „Winogradow”. A jeśli będzie czuł przesyt, a może nawet zdrożną chęć buntu, zawsze mogę zastosować warianty „Po Rzymsku”, „Po Watykańsku”, a nawet… „Po Kapucyńsku”.

  Urokiem stu sześćdziesięciu pięciu rodzajów tej niezwykłej zupy są nieograniczone możliwości aranżacji wnętrza i wystroju kucharki. Z „Afrodytą” będę chyba czekała łazience,
bo w kuchni trudno byłoby wynurzać się z piany. Do „Słowiańskiego” wystarczy jakieś giezło, do „Holenderskiego” drewniane saboty, do „Orłowa” konieczne będą brylanty.
  Moim faworytem jest jednak „Kabaretowy”. Już wymyśliłam strój: czerwony jedwabny gorset, czarne pończochy kabaretki, szpilki i pawie pióro w tyłku.
Pan Tymianka oszaleje z zachwytu, o ile wcześniej nie umrze ze śmiechu (wybieram, oczywiście, wariant pierwszy).

I proszę, przyjaciele i ewentualni nieprzyjaciele moi, nie miejcie do mnie pretensji o tak kretyński tekst. Całkowitą zań odpowiedzialność ponosi pan Henryk Dębski i jego sto sześćdziesiąt nazw kapuśniaku. Ja jestem tylko ofiarą ich podstępnego czaru.







sobota, 25 sierpnia 2012