niedziela, 16 września 2012

Rozmarzyłam się...




Mam kilka śmiesznych słabości. Słabości chyba zawsze są śmieszne?

Zbieram stare guziki, stare blaszane imbryki, stare gazety i stare przepisy.
  To ostatnie jest szczególnie śmieszne u osoby, która z namiętnością wynajduje powody, żeby nie ugotować obiadu, no i w ogóle w kuchni najchętniej układa na półkach czerwone imbryczki.
  Ponieważ jednak z pokorą dostrzegam swoje wady, a pragnęłabym bardzo być dla ukochanego mężczyzny idealną żoną/matką/kochanką (niepotrzebne skreślić), próbuję okiełznać swój zły charakter i lenistwo i właśnie w tychże celach samowychowawczych kupiłam na allegro zestaw stareńkich broszurek kulinarnych pod kuszącym tytułem „Rozkosze podniebienia”.
Przy czytaniu jednej z nich doznałam absolutnej rozkoszy intelektualnej, ba, wręcz ekstazy!
Już tytuł zapiera dech: „Kapuśniak na 165 sposobów”. A potem porażające słowo wstępne:
„Pan Henryk Dębski twierdzi, że kapuśniak kryje niewyczerpane możliwości, zna ich 181,
a każda z nich może być atrakcją wykwintnego stołu”.

Rozmarzyłam się… Sto osiemdziesiąt jeden rodzajów kapuśniaku? Gdybym myślała przez pół życia, może wymyśliłabym ze trzy rodzaje? Jakim gigantem wyobraźni musiał być nieznany mi, niestety, pan Henryk Dębski, jakim wizjonerem smaków oddanym bez reszty kapuście? I wyobraziłam sobie siebie tropiącą kapuściane kreacje Henryka Dębskiego niczym Julie Powell kopiującą przepisy kulinarne genialnej Julii Child.

Czy zdołam się oprzeć takiemu wyzwaniu? Sto sześćdziesiąt pięć dni, gdy powitam utrudzonego Ukochanego parującym talerzem kapuśniaku?!

I nie róbcie zakładów, ewentualni nieprzyjaciele moi, po którym dniu tego wyrafinowanego eksperymentu Pan Tymianka udusi mnie głąbem. Nie udusi.
Nie znacie jeszcze tego, co najpiękniejsze: nazw. Sto sześćdziesiąt pięć nazw kapuśniaku,
niewiarygodne bogactwo skojarzeń, metafor, szczypta pikanterii, marzenia o podróżach…
  Zacznę chyba od „Hotelu Eldorado”. Brzmi dystyngowanie, elegancko, w sam raz na początek długiego romansu. Potem może „A’la Kasyno”, „Alfred”, „Bogaty Li”, „Retro”,
wszystko w atmosferze fin de siecle’u. Potem na przykład „Cassat”, „Veronese”, „Colbert”,
„Coveur”, „Eliza”.
  Opuszczamy przepych kurortów nad Morzem Śródziemnym i ruszamy na podbój mórz i dalekich lądów: „Po admiralsku”, „Po kapitańsku”, „Po amerykańsku”,
„Chicago”.
  Jeśli Panu Tymianka od tych podróży zakręci się w głowie, uspokoję go literacko
kapuśniakiem „Lermontow”, „Rostow”, „Wroński”, „Winogradow”. A jeśli będzie czuł przesyt, a może nawet zdrożną chęć buntu, zawsze mogę zastosować warianty „Po Rzymsku”, „Po Watykańsku”, a nawet… „Po Kapucyńsku”.

  Urokiem stu sześćdziesięciu pięciu rodzajów tej niezwykłej zupy są nieograniczone możliwości aranżacji wnętrza i wystroju kucharki. Z „Afrodytą” będę chyba czekała łazience,
bo w kuchni trudno byłoby wynurzać się z piany. Do „Słowiańskiego” wystarczy jakieś giezło, do „Holenderskiego” drewniane saboty, do „Orłowa” konieczne będą brylanty.
  Moim faworytem jest jednak „Kabaretowy”. Już wymyśliłam strój: czerwony jedwabny gorset, czarne pończochy kabaretki, szpilki i pawie pióro w tyłku.
Pan Tymianka oszaleje z zachwytu, o ile wcześniej nie umrze ze śmiechu (wybieram, oczywiście, wariant pierwszy).

I proszę, przyjaciele i ewentualni nieprzyjaciele moi, nie miejcie do mnie pretensji o tak kretyński tekst. Całkowitą zań odpowiedzialność ponosi pan Henryk Dębski i jego sto sześćdziesiąt nazw kapuśniaku. Ja jestem tylko ofiarą ich podstępnego czaru.







7 komentarzy:

  1. Tekst jest świetny! Boki zrywać, ale czy pan Tymianka to przeżyje? Oj, mam obawy o Jego wątrobę:)
    PS. A wspomniany przez Ciebie film o dwóch Juliach uwielbiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Orinko....już zastanawiam się czy zazdrościć..czy współczuć Panu Tymiankowi:))))....no i nie zapominajmy o tym wszechobecnym zapachu kapusty w domowych pieleszach..bo inne doznania gastryczne,,,to juz "czysty" kabaret:))))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
  3. Taaaa, kapuśniak uwielbiam, ale taki zwykły, taki nasz, ciekawe jaką ma nazwę wg Pana Dębskiego. Może gotujemy coś wykwintnego, a nie wiemy :-) Ori, nie zadręcz Pana Tymianka tą kapustą, to taki dobry facet ;-)Swoją drogą narobiłaś mi mega smaku na ten kapuśniak!!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Aaaaaa! Przegapiłam taki wpis! Obliczyłam na palcach nie jednej, lecz dwóch rąk, że od jego dokonania minęło już sześć dni. Ekhm, Ori, i aż się boję, ale zapytam: jak czuje się Pan Tymianka?

    Grzecznościowo i zdrowotnie pozdrawiam. :)

    JolkaM

    OdpowiedzUsuń
  5. Pan Tymianka jak ruski czołg zniesie wszystko... skoro żyje do tej pory :D W końcu kapusta jest bardzo zdrowa i ma te, no, witaminy!
    Meg

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja, żeby nie było marnotrawnie, dorzucę sie na to piórko w..... bo na gorset sama zbieram :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Ojej, ojej....! Mam podobnie kocham książki kucharskie ale gotowania to już nie. Inna sprawa ,że jak naczytam tych wspaniałości, sufletów, homarów i jak widać na powyższym opisie kapuśniaczków w niezmierzonej ilości to zwykła pajda chleba dla równowagi zazwyczaj mi wystarcza. Więc o zdrowie Pana Tymianka jestem czemuś spokojna.
    Wpis piękny! Dzięki bardzo!
    Ciepło pozdrawiam ! anna

    OdpowiedzUsuń