poniedziałek, 21 grudnia 2015

Byłam


Byłam królewną i wodzem Indian, 
Albo po prostu królewną, która została wodzem Indian, bo ktoś przecież musiał.
Ponieważ uwinęłam się szybko z obowiązkami królewsko-wodzowskimi, musiałam czymś zapełnić nadmiar twórczych mocy,
byłam więc także:

aktorką
piosenkarką
weterynarzem
misjonarką
pisarką
zakonnicą
archeologiem
ostatnią, cudem odnalezioną księżniczką sumeryjską
świętą

Nie zawracałabym Czytelnikom głów tymi drobiazgami, gdyby nie fakt, że w każdej dziedzinie zrobiłam tak ogromną, międzygalaktyczną wręcz karierę, że szkoda, aby poszła w zapomnienie.
Szczególnie ta aktorska.
Jej apogeum przypadło na wiek 12 lat. Byłam już tak sławna, że bardziej nie można.
Oskary sypały się na mnie z siłą jesiennej wichury. Wykreowałam typ bohaterki - dziewczęcia uciśnionego, acz dzielnego, urody cudnej, które w każdym scenariuszu po licznych przygodach umierało w sposób dystyngowany i gustowny, aby On (a "Onym" był zawsze jakiś miły czternastolatek) mógł paść na podłoże porażony rozpaczą, a potem od końca swego (długiego) życia
tęsknić i chadzać na grób.
Filmem, który przyniósł mi największą sławę, była "Tajemnica złotej szkatułki".
To była tak misterna, mroczna i skomplikowana historia o szkatułce pełnej klejnotów, że nie chciało mi się jej w całości wymyślać, bo naprawdę ważna była ostatnia scena.
Nowy Jork (a co!), drapacz chmur. Uciekam ze szkatułką przed prześladowcą w prochowcu (za prześladowcą czternastolatek osłabiony niewolą, z której się dopiero co był wyzwolił, a więc marny lekkoatletycznie).
Dobrze odżywiony prześladowca w prochowcu już, już  prawie dopada mnie (wątłą, za to w sukience szafirowej) i bezcenną szkatułkę, więc - prask! wyskakuję przez okno i ginę, a wraz ze mną umiera ta straszliwa tajemnica, bo tylko ja jedyna ją znałam. Leżę więc na asfalcie z rozwianym włosem, z ust sączy mi się obowiązkowa cieniutka strużka krwi, nade mną klęczy czternastolatek (wreszcie dobiegł), płacze i krzyczy, a z rozbitej szkatułki wysypują się białe, delikatne perły.
Ileż się napłakałam, tworząc tę scenę! Była perfekcyjna: asfalt czarny i błyszczący po deszczu, perły perłowe, moje oczy w odcieniu głębokiego szafiru (dobrane do sukienki) patrzące w niebo z bezbrzeżnym żalem.
Żałuję tylko, że nigdy nie dowiedziałam się, jaką tajemnicę kryła w sobie ta niezwykła szkatułka.
Może ktoś z Was widział ten film w całości i wie?

P.S.
Zdjęcie nie ma żadnego związku z opowiedzianą historyjką.
Po prostu, złośliwym zrządzenie losu, nie zachowały się fotosy z moich filmów, dlatego umieściłam rysunki Myszki Miki, też gwiazdy, aczkolwiek zdecydowanie mniejszego formatu.







piątek, 18 grudnia 2015

Byłam królewną



Byłam królewną.
Taką typową; ze złotymi warkoczami do ziemi, żeby w razie potrzeby spuścić je królewiczowi z wysokiej wieży i z szafirowym spojrzeniem owiniętym w długaśne frędzle rzęs. Że o motylich łukach brwi nie wspomnę. Naszałam się kwieciście i zwiewnie, a berło miałam leciutkie, z tulipana.
Bo byłam królewną Wiosną, co wszak oczywiste i widać to wyraźnie na poczynionym w stosownym czasie autoportrecie.
O byciu królewną przypomniałam sobie, gdy po dniu spędzonym na ugotowaniu/nakarmieniu/umyciu.wymyciu,wypraniu/rozwieszeniu/wyczyszczeniu/odkurzeniu/icholerawiecojeszcze przejrzałam się w kryształowym zwierciadle.
Jestem kobietą mądrą.
Mam lustro wyłącznie w łazience i słabo oświetlone. To znakomicie wygładza cerę i nadaje rysom tajemniczą miękkość. Po nieprzespanych nocach mam pod oczami gustowne worki i sinofioletowe cienie, jakby mi mąż regularnie na dzień dobry dawał w mordę.
Nic dziwnego, że na widok tak uroczych lic przypomniał mi się fragmencik bajki muzycznej 'Księżniczka na ziarnku grochu":
- Księżniczka czy królewna?
Królewna, jestem pewna!

No!



P.S.
Można się, oczywiście, upierać, że królewna ma minę, jakby jej ktoś kij wsadzał w tyłek, ale po co ta ironia?
Doceńcie dbałość o szczegóły: bogactwo zimowej sukni i niezmiernie eleganckie nakrycie głowy oraz koloryt delikatnej cery smaganej mrozem.



niedziela, 13 grudnia 2015

Najwierniejszy




Smutek,mój stary dobry przyjaciel
lubi spędzać ze mną popołudnia.
Siada koło mnie i przy herbacie
gawędzi miło,ubrany schludnie

w garnitur barwy późnego zmierzchu
i buty miękkie jak kocie futro.
Zawsze nieśmiały, pyta w pośpiechu,
czy może zostać i odejść jutro.

Siedzi tak smutny, drżący pod ścianą,
cichy jak sowa, szary jak słowik,
od tylu lat więc zostaje na noc,
bo nie mam serca, by mu odmówić.

Rankiem, gdy słońce twarz mu wyzłaca,
trochę weselszy, trochę jaśniejszy
odchodzi krokiem pewnym, lecz wraca
z wszystkich przyjaciół ten najwierniejszy.

Między herbatą i miodu słojem
a chrzęstem cukru, łyżeczek brzękiem
zaczyna mówić, a ja się boję,
czy mnie nie zechce prosić o rękę.

                                                 1991

środa, 2 grudnia 2015

O Czasie. Nieustająco.



Gdyby Czas mógł podać mi rękę
i przyrzec mi przyjaźń!
A on? Całuje mi dłoń z wdziękiem
i wciąż przemija.

Gdybym go mogła złapać w sidła
ust, uśmiechu, włosów...
Lecz on! Ucieka jak na skrzydłach,
gdy ma mnie dosyć.

Czasami błagam go: Bądź ze mną,
mam ciebie za mało!
Cóż on? Choć ze mnie ma przyjemność,
wie, że nietrwałą.

       listopad 1991

niedziela, 1 listopada 2015

wtorek, 1 września 2015

niedziela, 30 sierpnia 2015

Wielka chwila




Mam pięć lat i jestem wodzem Indian. Nikt jeszcze o tym nie wie, a blond kucyki przewiązane białymi kokardami znakomicie mnie maskują. Tymczasem pochłaniają mnie ważne sprawy: mama oczekuje drugiego dziecka. Będę miała brata, to oczywiste, siostry w ogóle nie biorę pod uwagę.
Brat powinien duży, mądry i starszy o dwa lata, ale mama twierdzi, że to niewykonalne i że urodzi się bardzo małe dziecko, noworodek. Trudno.
Jestem ekspertem w tych sprawach, więc razem z najlepszą koleżanką Elą jesteśmy w ciążach. Mamy mdłości, jemy ogórki kiszone i poruszamy się z godnością. Kiedy mój brat już jest na świecie, staję się jeszcze większą znakomitością w tej dziedzinie, zatem rodzimy. Leżymy po kolei na kanapie w domu Eli, jęczymy: „Wody, wody odchodzą!” i wydajemy na świat spod bluzek pluszowe miśki.
Mam kłopot z Elą. Rodzą jej się córki bliźniaczki i nadaje im imiona Ospa i Odra. Na próżno tłumaczę, że ospa i odra to nazwy wstrętnych chorób i nie można tak nazywać dziewczynek.
Ela upiera się przy Ospie i Odrze dla swych pierworodnych, ja uważam, że jest głupia. Obrażamy się i nie odzywamy do siebie. Dochodzą mnie czasem słuchy,że Ospa i Odra doskonale się rozwijają i są bardzo zdolne.
Swoje własne dziecko (syna!) porzucam zaraz po porodzie, a może nawet w trakcie i nie kłopoczę się o imię dla niego.
Krzątam się jednak bardzo pracowicie wokół imienia dla brata. Nie mogę tak ważnej decyzji zostawić rodzicom. Mama wymyśla głupie imiona: Kuba, Bartek, Przemek, a przecież istnieje jedyne męskie imię godne mojego brata: Mirosław.
Tak ma na imię chłopiec, który jest moją pierwszą wielką miłością. Miłością tragiczną. Jest starszy o jakieś dziesięć lat, należy do bliskich przyjaciół rodziny i dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo malutka, wysadzał mnie na nocnik. To na zawsze kładzie się cieniem na naszych relacjach i przekreśla szanse na harmonijny związek.
Ponieważ jestem nie tylko wodzem Indian, lecz także – przede wszystkim – rozpieszczoną księżniczką tatusia, bez trudu przekonuję go do swoich racji i mama ze szpitala wróci z malutkim Mirkiem.
Na podwórku staję się wreszcie bardzo ważna. Każde dziecko chce słuchać, jaki piękny brat mi się urodził. Nie widziałam go jeszcze, ale wiem, że jest to najpiękniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek pojawiło się na świecie. Co tam na świecie. Nawet w całym Rzeszowie takiego nie było. Ma niebieskie oczy i czarne kręcone włosy. Opowiadam i opowiadam, waga, wzrost, a poród jaki ciężki. Dzieci słuchają zafascynowane i błagają mnie o pozwolenie ujrzenia tego cudownego dziecka, gdy tylko raczy przybyć ze szpitala do domu. Pozwalam.
Nadchodzi ten nieprawdopodobny dzień. Tata przywozi mamę taksówką ze szpitala, a mama żarliwie taszczy becik, w którym spoczywa ON.
Uroczysta procesja: mama z becikiem, tata z torbą, ja piszcząca i skacząca z radości unosi się w natchnieniu po schodach. Za nami pokornym wężem pełznie podwórkowa smarkateria.
Na czwartym piętrze mama znika w czeluści naszego mieszkania, a tata na próżno próbuje zawrócić z drogi posuwającego się nieubłaganie do góry węża.
I wtedy, wtedy nadchodzi moment mojej chwały. Nie znam jeszcze „Alicji z krainy czarów”, ale Lewis Carroll musiał przeczuwać moje przyszłe istnienie, gdy stworzył Królową Kier i jej „Ściąć go!”.
Na końcu węża, który przycupnął nieśmiało na półpiętrze, stoi Pyciek. Chudy, kościsty, złośliwy Pyciek, który zawsze mi dokucza. Bije, szczypie, przezywa i ucieka. Jest starszy, silniejszy i nie mam szans, żeby mu oddać. Nienawidzę Pyćka..
Patrzę z góry na węża zahipnotyzowanego oczekiwaniem na słowa, jakie powinny spłynąć z moich chwilowo wszechwładnych ust. Otwieram je zatem i Królowa Kier oznajmia:
  • Ty możesz przyjść, ty też i ty i ty, a PYCIEK NIE.
Zemsto, jesteś słodsza niż ptyś, kremówka i torebka galaretek w czekoladzie! Pyciek ugina się pod ciosem, kurczy, jego chude nogi w sandałach stają się jeszcze cieńsze i bardziej krzywe, a blada piegowata twarz staje się całkiem biała i Pyciek odwraca się i odchodzi upokorzony, pohańbiony na zawsze.
Bardzo możliwe, że został na pociechę zaproszony na oglądanie Odry i Ospy, ale tego nie jestem już pewna.




środa, 26 sierpnia 2015

Sierpień







                                                                    A jeśli sierpień, to nad Wisłoką.
                                                                    Na łąkach nawłoć i gorzki wrotycz.
                                                                    Dawno. Daleko. Cicho. Głęboko.
                                                                    I wspomnień gorzka jak wrotycz słodycz.

                                                                    

sobota, 18 lipca 2015

Niebieski jest lipiec
























Góry z lipcu też błękitne...



poniedziałek, 23 marca 2015

sobota, 21 marca 2015

Romantyczność


A więc przyszła.
Zwiewna i romantyczna taka.
I znowu pójdzie sobie zbyt szybko, jak tamta.
Po tamtej, a nawet po długiej serii tamtych wiosen zostało tyle wspomnień uroczych, wzruszeń subtelnych, tyle wierszy bazgranych w upojeniu, że po prostu ach i och.
Na przykład to wspomnienie, które od innych różni się tym, że było bardzo mało romantyczne, 
za to dość paskudne i nawet perwersyjne, ponadto na gorąco opiane (opiewnięte?) stosownym poematem.
Najpierw didaskalia przeznaczone dla ewentualnej młodzieży, gdyby takowa zaplątała się była czytelniczo na łamy:
dawno, dawno temu, w mitycznych latach osiemdziesiątych wieku XX, w sklepach występowały dwa zjawiska: kolejki i kartki. Każdy obywatel otrzymywał co miesiąc bogatą kolekcję kartek ze stosownym przydziałem mięsa, kaszy, mąki, masła, cukru, alkoholu, czekolady, nie pamiętam, czego jeszcze. Dla dzieci, oczywiście, kluczowym dobrem była czekolada i mój młodszy brat do dzisiaj jest mi wdzięczny, że w czasie najgłębszego kryzysu zachorowałam na żółtaczkę i on przez rok zjadał mój przydział cukierków czekoladopodobnych.
Kartki wymagały bezwzględnego "wykupienia" i z tego powodu mniej więcej połowę życia ówczesna ludzkość spędzała w kolejkach. Kolejki różniły się od kawiarń tylko tym, że miejsca w nich były stojące i nie podawano nic do jedzenia ani picia, bo jedzenie i picie dopiero należało "wystać", poza tym życie towarzyskie było w nich równie fascynujące. 
To jednak zbyt ważki temat jak na skromne didaskalia.
Tło zostało więc zarysowane, teraz główne postaci dramatu: zwiewne dziewczę w wiośnie życia zwane dalej mną oraz Ówczesny Ukochany.
Ponieważ w owych wiosnach długie godziny spędzałam z Ówczesnym Ukochanym na włóczeniu się po mieście, moja mama zagospodarowywała nas bardziej twórczo, to znaczy ustawiała w rozmaitych kolejkach. Manewr dawał korzyść podwójną: młodociana córka była "na oku" kolejki , czyli daleka od ewentualnych pokus, a ponadto staliśmy podwójnie, więc przynosiliśmy do domu podwójny łup.
Porządkując didaskalia:
osoby: ja i Ówczesny Ukochany
czas: tamta wiosna
miejsce: kolejka w sklepie mięsnym

Po didaskaliach nastąpi poemat zasadniczy. Różni się tym od arcydzieła Ernesta Brylla "Psalm stojących w kolejce", że arcydziełem nie jest.

Kolejka

Gdy w kolejce mówisz: "Popatrz, kotku",
ludzie odwracają oniemiałe głowy,
że tak można między schabem a wołowym z kością.
A gdy chcesz mnie pocałować,
krzyk: "Gdzie się pchają z tą miłością!
Takie rzeczy to w nocy! Rozpusta! Co w domu?!
Ja w jej wieku! Źle skończy!" -
(wzrok miękko omiata stosy baleronu.
Jak można patrzeć sobie w oczy,
gdy obok chudy, krzepki boczek,
aż ręce drżą, czy starczy kartek!!)

Ty uważnie i z troską liczysz moje piegi,
a zgorszony tłum twardo
za wiarę, za Polskę, za młodzież, moralność
ustawia dla nas kiełbasiany pręgierz.

Spoza zmarszczek i siatek
syk z triumfalną nadzieją:
"Najpierw się kochają,
a potem się leją!"
"Odechce im się amorów,
he he przy kupie bachorów"!

Stoisz z miną baranią
(wg opinii tej pani)
i powoli, powoli
tracisz resztę spokoju

i już z miną wyniosłą
(taki Kordian wśród chamów)
szykujesz płomienną mowę.

nagle... trzecia!
sen zniknął... Naprzód!

tłum rzuca się na świeży towar.

... ... ...

Epitafium:
Niegdyś w ziemię wdeptani
leżą tu zakochani
1988


Na wszelki wypadek wyjaśnienie, co poeta chciał powiedzieć w wierszu.
To było prawdziwe, bardzo przykre, a nawet przerażające wydarzenie, ponieważ zmęczony, wściekły na wszystko tłum kolejkowy naprawdę chciał nam dać w mordę za to, żeśmy sobie stali tak bezczelnie zapatrzeni w siebie, zagadani i rozchichotani z czułych żarcików.
Cytowane okrzyki są autentyczne, zapisałam je na gorąco. Niestety, wykorzystałam tylko nieliczne. Najwyraźniej nie miałam wówczas twórczego pomysłu na wersy typu"gzi się jak w rowie" a szkoda, bo piękne i się zmarnowały.
Od niechybnego epitafium uratował nas zegar, który wybił godzinę trzecią - mityczną godzinę rozpoczęcia sprzedaży. 




poniedziałek, 2 marca 2015

niedziela, 1 marca 2015

A więc marzec




A więc marzec.
Czyli pąki, hiacynty, frezje.
Klucze powracających dzikich gęsi nad domem i kłęby popielatych chmur.





W marcu zeszyty z wierszykami zapełniały się gęsto a to literami zamaszystymi i kanciastymi, a to nieśmiałym, ledwo czytelnym maczkiem.
Przeglądając dzisiaj jeden z nich, trafiłam na zdumiewającą strofę opiewającą marzec:

... ale na razie mamy marzec
i pomarańcze można czasem kupić w sklepie.
Czas pierwiosnków, tulipanów w kalendarzu,
czas się zdeszczyć, zagubić najlepiej...

Nie potępiajmy słowa "zdeszczyć" - bo skoro młodość musi się wyszumieć, musi się także niekiedy zdeszczać, prawda? 
Zwróćmy natomiast uwagę, że "pomarańcze można czasem kupić w sklepie".
Pomarańcze?? W marcu??? 
W czasach, kiedy statki z niebiańskim owocem południowym cumowały w polskich portach wyłącznie przed Bożym Narodzeniem!
Jak jednak wynika z tego bezcennego dokumentu epoki, w roku 1985 pomarańcze przetrwały w sklepach aż do marca! 
Ten fakt młodociana poetka uznała za tak szokujący, że unieśmiertelniła go w swym botaniczno-melancholijnym utworze.







A to są TE FREZJE za życia, wraz ze stosem ksiąg uczonych i fragmentem dłoni poetki:









Marzec, bo pomarzyć?




czwartek, 26 lutego 2015

Rozmawiałam




Rozmawiałam z sąsiadką.
Osobą miłą i życzliwą światu.
Jedną z nielicznych miłych i życzliwych światu osób w najbliższej okolicy.
Znamy się od kilkunastu lat, a więc także od strony trosk, przykrości i życiowych burz.
- Jak ty to robisz? - zapytała - Że zawsze jesteś taka pogodna i uśmiechnięta.
A przecież wiem,jak ci bywa ciężko.
No właśnie.
Jak ja to robię.

środa, 11 lutego 2015

Dzisiaj









Czy zdarza się nam myśleć, że krojenie cebuli i pieczarek w pochmurny lutowy dzień , stukot noża o drewnianą deskę, jabłka wysypujące się na blat, kropla oleju na patelni to coś wspólnego ze szczęściem?
Tak.
Jeśli mamy szczęście i uda się nam to dostrzec.

P.S.
Macie rację - to żenujący banał.
Ale tak dzisiaj było.



sobota, 7 lutego 2015

sobota, 31 stycznia 2015

Styczeń odchodzi. Kartka ze starego kalendarza.


Styczeń odchodzi.
Dobry styczeń.
W roku 1990 duży ścienny kalendarz wypełniony był reprodukcjami obrazów francuskich impresjonistów.
W styczniu na ścianie tańczyły błękitne tancerki Degasa.
Były pięknym tłem dla sinoniebieskich zimowych zmierzchów.



styczeń
błękitne tancerki tańczą zimowy sen na ścianie
chylą ramiona
do pęku dni więzionych w czarnych cyferkach
i coraz więcej żyłek na skroniach
i ręce im cierpną
przez ten nieskończony taniec




poniedziałek, 26 stycznia 2015

czwartek, 22 stycznia 2015

Miniaturka





Tobołek spienionych tiuli zakończonych falbanką to mój brat. Mama w płaszczu ze sztucznej skóry w odcieniu pudrowego różu z perłowym połyskiem, ach, jaki piękny to był płaszcz. Rodzice chrzestni ładnie przyczesani i odświętnie uśmiechnięci..
Frędzelek przyczepiony do płaszcza matki chrzestnej to ja. W eleganckim płaszczyku z kremowej wełny. Mam 5 lat i jestem wodzem Indian, nie cierpię przebieranek za grzeczną dziewczynkę.
Matka chrzestna trzyma mnie mocno, bo już się dokądś wyrywam, a białe rajstopki niepokojąco marszczą się na kolanach.
Tiulowy tobołek to moja szansa na wolność. Przynajmniej na rok wolności, zanim przyskrzynią mnie w przedszkolu. Nie poddam się bez walki i będę z niego regularnie uciekać, szczególnie, gdy na śniadanie podadzą kawę zbożową z kożuchami.
Mama zajęta niemowlęciem jest zadowolona, że znikam jej z oczu na całe godziny. To szczęśliwe czasy, dzieci mają prawie nieograniczoną swobodę. Matki przywołują nas z okien w porze obiadu.
  • Reniaaa, Reniaaaa, obiaaaad! - wydziera się moja.
  • A co jest na obiaaad??? - odwrzaskuję, za każdym razem doprowadzając ją tym do wściekłości.
Skrupulatne matki wyliczają:
- Ziemniaczki, mizeria i kootlet! - i takie dziecko ma przewagę nad resztą, bo wie, czy warto wlec się na górę.
Za dużym zielonym podwórzem zaczyna się wspaniały świat – ogromne łąki i dziki, głęboki Wisłok. Wieczorem dzieci wracają zmęczone i brudne, nigdy do końca nie wiadomo, czy do domu wróciło własne czy cudze. Po głosie nie da się poznać, bo głosy mamy zdarte po całodniowych wrzaskach. Dla upewnienia się trzeba porządnie wyszorować przynajmniej kawałek dziecka.
Z drugiej strony bloku ulica jest bardzo ruchliwa. Tam nie wolno mi chodzić. Mama ostrzega mnie, że tam są źli Cyganie i Żydzi, którzy porywają dzieci na mace. To lepsze niż elektryczny pastuch.
Bardzo się boję i na ulicę wychodzę tylko w naprawdę koniecznych przypadkach: do budki z lodami w wafelkach.
Po drugiej stronie ulicy chodzą Cyganki w długich kolorowych spódnicach. Zaczepiają przechodniów i wróżą z ręki. Mają złote kolczyki, to fascynujące. Żydów nie ma, ale nie wolno mi wątpić w ich obecność. Jedna dziewczynka w Szczecinie nie bała się, wyszła na ulicę i została porwana. Mama wie to na pewno od swojej mamy.
Tata często wyjeżdża „w teren” i z małej piekarni w Pilznie przywozi wspaniałe mace. Czekam na jego powrót nawet późnym wieczorem, żeby dostać dużą brązową torbę pełną pachnących wafli o nieregularnych brzegach.
Za pierwszym razem nie chcę jeść, bo żal mi pilźnieńskich dzieci, które musiały zostać zgładzone, ale mama mówi, żebym się nie wygłupiała, mace są pieczone z mąki i żadnych dzieci nie ma w środku.
To trochę dziwne, ale pięciolatka umie wszystko logicznie wytłumaczyć: widocznie tylko w Rzeszowie mace robi się z dzieci.





wtorek, 20 stycznia 2015

O styczniu








Styczeń to fryzjer jasnowłosy.
Nawija drzewom gałęzie na papiloty
i srebrzy je na ulubiony skrzący kolor.
A gdy strząsa im z ramion niepotrzebne loki,
patrzy, jak szczeniak tonący w ich fali
wynurza z bieli przemarznięty nosek.



Dawno, dawno temu było dużo śniegu i pisało się takie wierszyczki bez sensu.
Jakie to było miłe.

czwartek, 15 stycznia 2015

Rok 2015 z tłustym brzuszkiem piątki na dobrą wróżbę














Zakochałam się w Czasie.
Chciałam zatrzymać go przy sobie,
ale Czas to Don Juan.

Kiedyś kochał mnie wiernie
(lubi małe dziewczynki).
Teraz ma dla mnie
coraz mniej czasu.

Czas to mędrzec Talleyrand,
lubi naiwne blondynki.
Każdy powiew rozsądku
płoszy go.

A tak niegdyś lubił
zacisze mojej kieszeni.
Cieszyłam się, że z czasem
wejdzie pod pantofel.

Wszedł
i ugryzł mnie w piętę.

Od tej pory
zjawia się od czasu do czasu.
Mimo wszystko
jest do mnie przywiązany.