czwartek, 22 stycznia 2015

Miniaturka





Tobołek spienionych tiuli zakończonych falbanką to mój brat. Mama w płaszczu ze sztucznej skóry w odcieniu pudrowego różu z perłowym połyskiem, ach, jaki piękny to był płaszcz. Rodzice chrzestni ładnie przyczesani i odświętnie uśmiechnięci..
Frędzelek przyczepiony do płaszcza matki chrzestnej to ja. W eleganckim płaszczyku z kremowej wełny. Mam 5 lat i jestem wodzem Indian, nie cierpię przebieranek za grzeczną dziewczynkę.
Matka chrzestna trzyma mnie mocno, bo już się dokądś wyrywam, a białe rajstopki niepokojąco marszczą się na kolanach.
Tiulowy tobołek to moja szansa na wolność. Przynajmniej na rok wolności, zanim przyskrzynią mnie w przedszkolu. Nie poddam się bez walki i będę z niego regularnie uciekać, szczególnie, gdy na śniadanie podadzą kawę zbożową z kożuchami.
Mama zajęta niemowlęciem jest zadowolona, że znikam jej z oczu na całe godziny. To szczęśliwe czasy, dzieci mają prawie nieograniczoną swobodę. Matki przywołują nas z okien w porze obiadu.
  • Reniaaa, Reniaaaa, obiaaaad! - wydziera się moja.
  • A co jest na obiaaad??? - odwrzaskuję, za każdym razem doprowadzając ją tym do wściekłości.
Skrupulatne matki wyliczają:
- Ziemniaczki, mizeria i kootlet! - i takie dziecko ma przewagę nad resztą, bo wie, czy warto wlec się na górę.
Za dużym zielonym podwórzem zaczyna się wspaniały świat – ogromne łąki i dziki, głęboki Wisłok. Wieczorem dzieci wracają zmęczone i brudne, nigdy do końca nie wiadomo, czy do domu wróciło własne czy cudze. Po głosie nie da się poznać, bo głosy mamy zdarte po całodniowych wrzaskach. Dla upewnienia się trzeba porządnie wyszorować przynajmniej kawałek dziecka.
Z drugiej strony bloku ulica jest bardzo ruchliwa. Tam nie wolno mi chodzić. Mama ostrzega mnie, że tam są źli Cyganie i Żydzi, którzy porywają dzieci na mace. To lepsze niż elektryczny pastuch.
Bardzo się boję i na ulicę wychodzę tylko w naprawdę koniecznych przypadkach: do budki z lodami w wafelkach.
Po drugiej stronie ulicy chodzą Cyganki w długich kolorowych spódnicach. Zaczepiają przechodniów i wróżą z ręki. Mają złote kolczyki, to fascynujące. Żydów nie ma, ale nie wolno mi wątpić w ich obecność. Jedna dziewczynka w Szczecinie nie bała się, wyszła na ulicę i została porwana. Mama wie to na pewno od swojej mamy.
Tata często wyjeżdża „w teren” i z małej piekarni w Pilznie przywozi wspaniałe mace. Czekam na jego powrót nawet późnym wieczorem, żeby dostać dużą brązową torbę pełną pachnących wafli o nieregularnych brzegach.
Za pierwszym razem nie chcę jeść, bo żal mi pilźnieńskich dzieci, które musiały zostać zgładzone, ale mama mówi, żebym się nie wygłupiała, mace są pieczone z mąki i żadnych dzieci nie ma w środku.
To trochę dziwne, ale pięciolatka umie wszystko logicznie wytłumaczyć: widocznie tylko w Rzeszowie mace robi się z dzieci.





8 komentarzy:

  1. :))) Nie tylko Ori w Rzeszowie. W Warszawie też. Moja Babiśka właśnie tak mnie straszyła. Kiedyś dopytałam kolegi na podwórku, czy wie dlaczego Żydzi łapią dzieci na macę, to opowiedziała - jego straszyli ze szczegółami, których tu nie ujawnię.
    Ale Cyganów u mnie na Żoliborzu nie było. Za to moja mama miała taki sam płaszcz jak Twoja, chociaż mama jest inna, ale tylko trochę :)

    Chyba coś nas łączy - oczywiście poza miłością do czworonogów.
    Cudowne to Twoje pisanie Ori :) No i te zdjęcia, cud miód.

    OdpowiedzUsuń
  2. A więc przyznajesz się, ze też byłaś niegrzeczną dziewczynką? Bo grzecznych przecież nikt nie łapał;-) A więc to głupie straszenie dzieci było powszechne... Straszenie było najłatwiejszą formą wychowawczą. A płaszcz szykowny, prawda? Potem się przetarł i został zmniejszony dla mnie, ale szybko go wykończyłam;-) Dziękuję za miłe słowa, dodają skrzydeł"-) Ściskam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A więc przyznaję, masz rację Ori. I już Ci nie chciałam pisać, że też byłam wodzem Indian na moim podwórku i Jankiem w załodze czołgu Rudego, no ewentualnie Marusią, ale niechętnie. Na podwórko po śmieci przyjeżdżał wóz z koniem, którego jako Indianin próbowałam dosiąść :)
      A straszenie łapaniem na macę było jedynym jakiego doznawałam. To babcia mi opowiadała, że ją tak straszyli - ale lepiej nie oddalać się od domu.
      Ten płaszcz mojej mamy nie tyle się wytarł, ale w niektórych miejscach popękał. Do tego miała takie piękne kozaczki z lakierowaną częścią pantofla i obcisłą cholewką z takiego błyszczącego plastiku. Noooo, szyk i szok.
      I do tego łaziłam po dachu na 5 piętrze i śpiewała piosenki Maryli Rodowicz.
      Odściskuję jako dowód sympatii i czekam na następny wpis z utęsknieniem.

      Usuń
  3. Pięknie piszesz , Ori... Bezimienna

    OdpowiedzUsuń
  4. To wczesny czy pózny Gierek? Moja siostra, też pięć lat młodsza, myślała, że Gierek to taka funkcja. Jeden gierek umrze to będzie następny gierek...a nie musiałaś potem tachać tego brata wszędzie ze sobą po podwórku, jak tylko podrósł i nadawał się do "zaopiekowania?" Bo ja tak miałam, niestety...ale i tak- masz rację- w porównaniu z dzisiejszymi dzieciakami to wolni byliśmy jak ptaki,,,ściskam, fajnie tu u Ciebie. Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wczesny Gierek - albo gierek, według Twojej siostry, co nie jest pozbawione logiki. Brata nie musiałam ze sobą tachać, bo nie cieszyłam się wtedy u mamy opinią dobrej opiekunki i miałam święty spokój. Pozdrawiam:-))

      Usuń
  5. Pisz, pisz dużo. Ja akurat byłam młodsza od brata, ale zawsze się za niego biłam, co doprowadzało go pasji. Oj, fajne to były czasy :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak ja się ciesze że tu trafiłam, co prawda kulinarna jestem ale tylko w domu a blog to bardziej przypomina strych z wszystkimi rzeczami u mojej babci gdzie podstawą zawsze były nożyczki by robić coś z niczego.Wspaniale piszesz, zdjęcia s przepiękne to w prawdzie czasy troszeczkę wcześniejsze od moich narodzin, choć wiele się nie zmieniło porównując do czasów teraźniejszych, gdzie matki nawet do piasku ida razem z 8 latkami by się nie pobrudziły lub interwencja wskazana gdy z koleżanką mają odmienne zdanie;)

    OdpowiedzUsuń