niedziela, 30 sierpnia 2015

Wielka chwila




Mam pięć lat i jestem wodzem Indian. Nikt jeszcze o tym nie wie, a blond kucyki przewiązane białymi kokardami znakomicie mnie maskują. Tymczasem pochłaniają mnie ważne sprawy: mama oczekuje drugiego dziecka. Będę miała brata, to oczywiste, siostry w ogóle nie biorę pod uwagę.
Brat powinien duży, mądry i starszy o dwa lata, ale mama twierdzi, że to niewykonalne i że urodzi się bardzo małe dziecko, noworodek. Trudno.
Jestem ekspertem w tych sprawach, więc razem z najlepszą koleżanką Elą jesteśmy w ciążach. Mamy mdłości, jemy ogórki kiszone i poruszamy się z godnością. Kiedy mój brat już jest na świecie, staję się jeszcze większą znakomitością w tej dziedzinie, zatem rodzimy. Leżymy po kolei na kanapie w domu Eli, jęczymy: „Wody, wody odchodzą!” i wydajemy na świat spod bluzek pluszowe miśki.
Mam kłopot z Elą. Rodzą jej się córki bliźniaczki i nadaje im imiona Ospa i Odra. Na próżno tłumaczę, że ospa i odra to nazwy wstrętnych chorób i nie można tak nazywać dziewczynek.
Ela upiera się przy Ospie i Odrze dla swych pierworodnych, ja uważam, że jest głupia. Obrażamy się i nie odzywamy do siebie. Dochodzą mnie czasem słuchy,że Ospa i Odra doskonale się rozwijają i są bardzo zdolne.
Swoje własne dziecko (syna!) porzucam zaraz po porodzie, a może nawet w trakcie i nie kłopoczę się o imię dla niego.
Krzątam się jednak bardzo pracowicie wokół imienia dla brata. Nie mogę tak ważnej decyzji zostawić rodzicom. Mama wymyśla głupie imiona: Kuba, Bartek, Przemek, a przecież istnieje jedyne męskie imię godne mojego brata: Mirosław.
Tak ma na imię chłopiec, który jest moją pierwszą wielką miłością. Miłością tragiczną. Jest starszy o jakieś dziesięć lat, należy do bliskich przyjaciół rodziny i dawno, dawno temu, kiedy byłam bardzo malutka, wysadzał mnie na nocnik. To na zawsze kładzie się cieniem na naszych relacjach i przekreśla szanse na harmonijny związek.
Ponieważ jestem nie tylko wodzem Indian, lecz także – przede wszystkim – rozpieszczoną księżniczką tatusia, bez trudu przekonuję go do swoich racji i mama ze szpitala wróci z malutkim Mirkiem.
Na podwórku staję się wreszcie bardzo ważna. Każde dziecko chce słuchać, jaki piękny brat mi się urodził. Nie widziałam go jeszcze, ale wiem, że jest to najpiękniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek pojawiło się na świecie. Co tam na świecie. Nawet w całym Rzeszowie takiego nie było. Ma niebieskie oczy i czarne kręcone włosy. Opowiadam i opowiadam, waga, wzrost, a poród jaki ciężki. Dzieci słuchają zafascynowane i błagają mnie o pozwolenie ujrzenia tego cudownego dziecka, gdy tylko raczy przybyć ze szpitala do domu. Pozwalam.
Nadchodzi ten nieprawdopodobny dzień. Tata przywozi mamę taksówką ze szpitala, a mama żarliwie taszczy becik, w którym spoczywa ON.
Uroczysta procesja: mama z becikiem, tata z torbą, ja piszcząca i skacząca z radości unosi się w natchnieniu po schodach. Za nami pokornym wężem pełznie podwórkowa smarkateria.
Na czwartym piętrze mama znika w czeluści naszego mieszkania, a tata na próżno próbuje zawrócić z drogi posuwającego się nieubłaganie do góry węża.
I wtedy, wtedy nadchodzi moment mojej chwały. Nie znam jeszcze „Alicji z krainy czarów”, ale Lewis Carroll musiał przeczuwać moje przyszłe istnienie, gdy stworzył Królową Kier i jej „Ściąć go!”.
Na końcu węża, który przycupnął nieśmiało na półpiętrze, stoi Pyciek. Chudy, kościsty, złośliwy Pyciek, który zawsze mi dokucza. Bije, szczypie, przezywa i ucieka. Jest starszy, silniejszy i nie mam szans, żeby mu oddać. Nienawidzę Pyćka..
Patrzę z góry na węża zahipnotyzowanego oczekiwaniem na słowa, jakie powinny spłynąć z moich chwilowo wszechwładnych ust. Otwieram je zatem i Królowa Kier oznajmia:
  • Ty możesz przyjść, ty też i ty i ty, a PYCIEK NIE.
Zemsto, jesteś słodsza niż ptyś, kremówka i torebka galaretek w czekoladzie! Pyciek ugina się pod ciosem, kurczy, jego chude nogi w sandałach stają się jeszcze cieńsze i bardziej krzywe, a blada piegowata twarz staje się całkiem biała i Pyciek odwraca się i odchodzi upokorzony, pohańbiony na zawsze.
Bardzo możliwe, że został na pociechę zaproszony na oglądanie Odry i Ospy, ale tego nie jestem już pewna.




4 komentarze:

  1. Noooo, Wodzu. Cudownie było pobyć trochę z Tobą, wtedy...
    Bracie Wodzu, miałam podobnie, tylko ja chciałam mieć siostrę. W końcu jednak brat (nawet przyrodni :))) też jest fajnym dzieckiem. A jakie głupie imię dla niego wybrali, Roman. No jaki Roman, a może Romuś, Romeczek, do turlania beczek? Stoczyłam bój o lepsze imię dla niego. Nich będzie Piotr !!! Mój ojczym, a ojciec brata, sam Roman strasznie się opierał. Ale w końcu zwyciężyłam.

    Ściskam serdecznie , Wódz Rącza Strzała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siostro Wodzu! Siostro, nie Bracie, bo tylko Siostra Wódz jest w stanie okiełznać ojca/ojczyma w każdej kwestii! Ściskam najgoręcej!

      Usuń
    2. Siostro Wodzu oczywiście :))) I widzisz co to gender z ludzi robi? Gubią się po prostu!
      Buziaki :)

      Usuń
  2. Zajrzałam tu po raz pierwszy. Klimatycznie.
    Kurczę trochę to zagmatwane, ale czuję sens.
    30 sierpnia to dla mnie to dzień szczególny, wszakże dokładnie w tym dniu, kilkadziesiąt lat temu, przyszłam po południu na świat.

    OdpowiedzUsuń