sobota, 31 stycznia 2015

Styczeń odchodzi. Kartka ze starego kalendarza.


Styczeń odchodzi.
Dobry styczeń.
W roku 1990 duży ścienny kalendarz wypełniony był reprodukcjami obrazów francuskich impresjonistów.
W styczniu na ścianie tańczyły błękitne tancerki Degasa.
Były pięknym tłem dla sinoniebieskich zimowych zmierzchów.



styczeń
błękitne tancerki tańczą zimowy sen na ścianie
chylą ramiona
do pęku dni więzionych w czarnych cyferkach
i coraz więcej żyłek na skroniach
i ręce im cierpną
przez ten nieskończony taniec




poniedziałek, 26 stycznia 2015

czwartek, 22 stycznia 2015

Miniaturka





Tobołek spienionych tiuli zakończonych falbanką to mój brat. Mama w płaszczu ze sztucznej skóry w odcieniu pudrowego różu z perłowym połyskiem, ach, jaki piękny to był płaszcz. Rodzice chrzestni ładnie przyczesani i odświętnie uśmiechnięci..
Frędzelek przyczepiony do płaszcza matki chrzestnej to ja. W eleganckim płaszczyku z kremowej wełny. Mam 5 lat i jestem wodzem Indian, nie cierpię przebieranek za grzeczną dziewczynkę.
Matka chrzestna trzyma mnie mocno, bo już się dokądś wyrywam, a białe rajstopki niepokojąco marszczą się na kolanach.
Tiulowy tobołek to moja szansa na wolność. Przynajmniej na rok wolności, zanim przyskrzynią mnie w przedszkolu. Nie poddam się bez walki i będę z niego regularnie uciekać, szczególnie, gdy na śniadanie podadzą kawę zbożową z kożuchami.
Mama zajęta niemowlęciem jest zadowolona, że znikam jej z oczu na całe godziny. To szczęśliwe czasy, dzieci mają prawie nieograniczoną swobodę. Matki przywołują nas z okien w porze obiadu.
  • Reniaaa, Reniaaaa, obiaaaad! - wydziera się moja.
  • A co jest na obiaaad??? - odwrzaskuję, za każdym razem doprowadzając ją tym do wściekłości.
Skrupulatne matki wyliczają:
- Ziemniaczki, mizeria i kootlet! - i takie dziecko ma przewagę nad resztą, bo wie, czy warto wlec się na górę.
Za dużym zielonym podwórzem zaczyna się wspaniały świat – ogromne łąki i dziki, głęboki Wisłok. Wieczorem dzieci wracają zmęczone i brudne, nigdy do końca nie wiadomo, czy do domu wróciło własne czy cudze. Po głosie nie da się poznać, bo głosy mamy zdarte po całodniowych wrzaskach. Dla upewnienia się trzeba porządnie wyszorować przynajmniej kawałek dziecka.
Z drugiej strony bloku ulica jest bardzo ruchliwa. Tam nie wolno mi chodzić. Mama ostrzega mnie, że tam są źli Cyganie i Żydzi, którzy porywają dzieci na mace. To lepsze niż elektryczny pastuch.
Bardzo się boję i na ulicę wychodzę tylko w naprawdę koniecznych przypadkach: do budki z lodami w wafelkach.
Po drugiej stronie ulicy chodzą Cyganki w długich kolorowych spódnicach. Zaczepiają przechodniów i wróżą z ręki. Mają złote kolczyki, to fascynujące. Żydów nie ma, ale nie wolno mi wątpić w ich obecność. Jedna dziewczynka w Szczecinie nie bała się, wyszła na ulicę i została porwana. Mama wie to na pewno od swojej mamy.
Tata często wyjeżdża „w teren” i z małej piekarni w Pilznie przywozi wspaniałe mace. Czekam na jego powrót nawet późnym wieczorem, żeby dostać dużą brązową torbę pełną pachnących wafli o nieregularnych brzegach.
Za pierwszym razem nie chcę jeść, bo żal mi pilźnieńskich dzieci, które musiały zostać zgładzone, ale mama mówi, żebym się nie wygłupiała, mace są pieczone z mąki i żadnych dzieci nie ma w środku.
To trochę dziwne, ale pięciolatka umie wszystko logicznie wytłumaczyć: widocznie tylko w Rzeszowie mace robi się z dzieci.





wtorek, 20 stycznia 2015

O styczniu








Styczeń to fryzjer jasnowłosy.
Nawija drzewom gałęzie na papiloty
i srebrzy je na ulubiony skrzący kolor.
A gdy strząsa im z ramion niepotrzebne loki,
patrzy, jak szczeniak tonący w ich fali
wynurza z bieli przemarznięty nosek.



Dawno, dawno temu było dużo śniegu i pisało się takie wierszyczki bez sensu.
Jakie to było miłe.

czwartek, 15 stycznia 2015

Rok 2015 z tłustym brzuszkiem piątki na dobrą wróżbę














Zakochałam się w Czasie.
Chciałam zatrzymać go przy sobie,
ale Czas to Don Juan.

Kiedyś kochał mnie wiernie
(lubi małe dziewczynki).
Teraz ma dla mnie
coraz mniej czasu.

Czas to mędrzec Talleyrand,
lubi naiwne blondynki.
Każdy powiew rozsądku
płoszy go.

A tak niegdyś lubił
zacisze mojej kieszeni.
Cieszyłam się, że z czasem
wejdzie pod pantofel.

Wszedł
i ugryzł mnie w piętę.

Od tej pory
zjawia się od czasu do czasu.
Mimo wszystko
jest do mnie przywiązany.