poniedziałek, 23 marca 2015

sobota, 21 marca 2015

Romantyczność


A więc przyszła.
Zwiewna i romantyczna taka.
I znowu pójdzie sobie zbyt szybko, jak tamta.
Po tamtej, a nawet po długiej serii tamtych wiosen zostało tyle wspomnień uroczych, wzruszeń subtelnych, tyle wierszy bazgranych w upojeniu, że po prostu ach i och.
Na przykład to wspomnienie, które od innych różni się tym, że było bardzo mało romantyczne, 
za to dość paskudne i nawet perwersyjne, ponadto na gorąco opiane (opiewnięte?) stosownym poematem.
Najpierw didaskalia przeznaczone dla ewentualnej młodzieży, gdyby takowa zaplątała się była czytelniczo na łamy:
dawno, dawno temu, w mitycznych latach osiemdziesiątych wieku XX, w sklepach występowały dwa zjawiska: kolejki i kartki. Każdy obywatel otrzymywał co miesiąc bogatą kolekcję kartek ze stosownym przydziałem mięsa, kaszy, mąki, masła, cukru, alkoholu, czekolady, nie pamiętam, czego jeszcze. Dla dzieci, oczywiście, kluczowym dobrem była czekolada i mój młodszy brat do dzisiaj jest mi wdzięczny, że w czasie najgłębszego kryzysu zachorowałam na żółtaczkę i on przez rok zjadał mój przydział cukierków czekoladopodobnych.
Kartki wymagały bezwzględnego "wykupienia" i z tego powodu mniej więcej połowę życia ówczesna ludzkość spędzała w kolejkach. Kolejki różniły się od kawiarń tylko tym, że miejsca w nich były stojące i nie podawano nic do jedzenia ani picia, bo jedzenie i picie dopiero należało "wystać", poza tym życie towarzyskie było w nich równie fascynujące. 
To jednak zbyt ważki temat jak na skromne didaskalia.
Tło zostało więc zarysowane, teraz główne postaci dramatu: zwiewne dziewczę w wiośnie życia zwane dalej mną oraz Ówczesny Ukochany.
Ponieważ w owych wiosnach długie godziny spędzałam z Ówczesnym Ukochanym na włóczeniu się po mieście, moja mama zagospodarowywała nas bardziej twórczo, to znaczy ustawiała w rozmaitych kolejkach. Manewr dawał korzyść podwójną: młodociana córka była "na oku" kolejki , czyli daleka od ewentualnych pokus, a ponadto staliśmy podwójnie, więc przynosiliśmy do domu podwójny łup.
Porządkując didaskalia:
osoby: ja i Ówczesny Ukochany
czas: tamta wiosna
miejsce: kolejka w sklepie mięsnym

Po didaskaliach nastąpi poemat zasadniczy. Różni się tym od arcydzieła Ernesta Brylla "Psalm stojących w kolejce", że arcydziełem nie jest.

Kolejka

Gdy w kolejce mówisz: "Popatrz, kotku",
ludzie odwracają oniemiałe głowy,
że tak można między schabem a wołowym z kością.
A gdy chcesz mnie pocałować,
krzyk: "Gdzie się pchają z tą miłością!
Takie rzeczy to w nocy! Rozpusta! Co w domu?!
Ja w jej wieku! Źle skończy!" -
(wzrok miękko omiata stosy baleronu.
Jak można patrzeć sobie w oczy,
gdy obok chudy, krzepki boczek,
aż ręce drżą, czy starczy kartek!!)

Ty uważnie i z troską liczysz moje piegi,
a zgorszony tłum twardo
za wiarę, za Polskę, za młodzież, moralność
ustawia dla nas kiełbasiany pręgierz.

Spoza zmarszczek i siatek
syk z triumfalną nadzieją:
"Najpierw się kochają,
a potem się leją!"
"Odechce im się amorów,
he he przy kupie bachorów"!

Stoisz z miną baranią
(wg opinii tej pani)
i powoli, powoli
tracisz resztę spokoju

i już z miną wyniosłą
(taki Kordian wśród chamów)
szykujesz płomienną mowę.

nagle... trzecia!
sen zniknął... Naprzód!

tłum rzuca się na świeży towar.

... ... ...

Epitafium:
Niegdyś w ziemię wdeptani
leżą tu zakochani
1988


Na wszelki wypadek wyjaśnienie, co poeta chciał powiedzieć w wierszu.
To było prawdziwe, bardzo przykre, a nawet przerażające wydarzenie, ponieważ zmęczony, wściekły na wszystko tłum kolejkowy naprawdę chciał nam dać w mordę za to, żeśmy sobie stali tak bezczelnie zapatrzeni w siebie, zagadani i rozchichotani z czułych żarcików.
Cytowane okrzyki są autentyczne, zapisałam je na gorąco. Niestety, wykorzystałam tylko nieliczne. Najwyraźniej nie miałam wówczas twórczego pomysłu na wersy typu"gzi się jak w rowie" a szkoda, bo piękne i się zmarnowały.
Od niechybnego epitafium uratował nas zegar, który wybił godzinę trzecią - mityczną godzinę rozpoczęcia sprzedaży. 




poniedziałek, 2 marca 2015

niedziela, 1 marca 2015

A więc marzec




A więc marzec.
Czyli pąki, hiacynty, frezje.
Klucze powracających dzikich gęsi nad domem i kłęby popielatych chmur.





W marcu zeszyty z wierszykami zapełniały się gęsto a to literami zamaszystymi i kanciastymi, a to nieśmiałym, ledwo czytelnym maczkiem.
Przeglądając dzisiaj jeden z nich, trafiłam na zdumiewającą strofę opiewającą marzec:

... ale na razie mamy marzec
i pomarańcze można czasem kupić w sklepie.
Czas pierwiosnków, tulipanów w kalendarzu,
czas się zdeszczyć, zagubić najlepiej...

Nie potępiajmy słowa "zdeszczyć" - bo skoro młodość musi się wyszumieć, musi się także niekiedy zdeszczać, prawda? 
Zwróćmy natomiast uwagę, że "pomarańcze można czasem kupić w sklepie".
Pomarańcze?? W marcu??? 
W czasach, kiedy statki z niebiańskim owocem południowym cumowały w polskich portach wyłącznie przed Bożym Narodzeniem!
Jak jednak wynika z tego bezcennego dokumentu epoki, w roku 1985 pomarańcze przetrwały w sklepach aż do marca! 
Ten fakt młodociana poetka uznała za tak szokujący, że unieśmiertelniła go w swym botaniczno-melancholijnym utworze.







A to są TE FREZJE za życia, wraz ze stosem ksiąg uczonych i fragmentem dłoni poetki:









Marzec, bo pomarzyć?