poniedziałek, 26 grudnia 2016



 "Jelizawieta Glinka - bez przesady największy autorytet moralny w swoim kraju szanowany i przez władzę, i przez jej oponentów - była na pokładzie maszyny, która leciała do rosyjskiej bazy w Syrii wraz z członkami Chóru Aleksandrowa.
Misją życiową tej 54-letniej lekarki było czynić dobro. Obojętnie gdzie. Jako młoda kobieta wyjechała w 1986 r., jeszcze z ZSRR, z mężem Glebem Glinką, potomkiem jednego z najświetniejszych rosyjskich rodów arystokratycznych, do USA. Tam do swego wcześniejszego moskiewskiego dyplomu anestozjologa dziecięcego dodała jeszcze drugą specjalność – w medycynie paliatywnej.

Kiedy wróciła zza oceanu w latach 90., założyła pierwsze hospicja w Moskwie i Kijowie. W Rosji jej fundacja Sprawiedliwa Pomoc udzielała pomocy setkom dzieci chorych na raka, wspierała ich materialnie, kierowała na leczenie. Stale opiekowała się bezdomnymi.

Doktor Liza, jak nazywali ją Rosjanie, z pasją walczyła o tworzenie noclegowni dla bezdomnych, gdzie w srogą rosyjską zimę mogliby się ogrzać, a nie setkami zamarzać na ulicach. Jeśli trzeba było, sama spieszyła z pomocą skrajnie zaniedbanym, zawszonym, chorym włóczęgom. Opatrywała ich, karmiła.

Często odwiedzała więzienia niosąc pomoc skazanym prześladowanym przez strażników lub maltretowanym przez współwięźniów.

Kiedy cztery lata temu w Moskwie doszło do antyputinowskiej „białej rewolucji”, Glinka występowała na wielotysięcznych wiecach opozycji. Weszła w skład obywatelskiego komitetu Liga Wyborców. Wtedy konta Sprawiedliwej Pomocy – po niespodziewanej kontroli finansowej – zostały 
na jakiś czas zablokowane.

Władze na działalność Doktor Lizy patrzyły początkowo nieprzychylnie. Rządzących irytowały jej związki z opozycją, śmiałe wypowiedzi i amerykański (dzięki małżeństwu z Glinką) paszport.

Ale ona znalazła się poza zasięgiem wszelkiej krytyki, kiedy śmiało, jako jedna z pierwszych, zaczęła pomagać ofiarom wojny w Donbasie – z obu stron frontu. Dosłownie pod kulami wywoziła ze wschodniej Ukrainy ranne dzieci, znajdowała im miejsca w klinikach moskiewskich, fundusze na trudne operacje.

Miała przy tym odwagę odwiedzać ukraińską porucznik Nadieżdę Sawczenko, więzioną w Rosji i fałszywie oskarżaną o zabójstwo dziennikarzy rosyjskich. To pomoc udzielana młodej Ukraince przez Doktor Lizę sprawiła, że ta przetrzymała długą głodówkę i nie umarła w więzieniu.

W grudniu 2014 r. w wywiadzie dla portalu „Prawmir” miała jakoby powiedzieć: „Jako człowiek, który regularnie bywa w Donbasie, mogę potwierdzić, że nie ma tam rosyjskich wojsk, czy to się komuś podoba, czy nie".

Glinka, na którą spadła fala krytyki, zażądała sprostowania, a portal przyznał się do pomyłki, publikując przy okazji właściwą wersję: „Jako człowiek, który regularnie bywa w Donbasie, nie widziałam tam rosyjskich wojsk". W rozmowie z magazynem „Snob” dodała, że mówi tylko o swoich własnych obserwacjach.

Pomagała też ofiarom wojny w Syrii. Do rosyjskiej bazy Chmejmim leciała w niedzielę z lekarstwami dla szpitala w Latakii. Stamtąd miała wracać do Donbasu, gdzie znów strzelają, znów trzeba ratować dzieci.

Trudno mi pogodzić się z tym, że Doktor Lizy, bardzo miłej w bezpośrednim kontakcie, cichej, skromnej i mocnej kobiety już nie ma.

Pięknie i sprawiedliwie wspomniała ją dziś Ludmiła Aleksiejewa, nestorka rosyjskich dysydentów: – Ona była świętą. Znajdowała siły dla wszystkich. Gotowa była pomagać i włóczęgom, i dzieciom. Tacy jak Doktor Liza zdarzają się raz na tysiąc lat."

artykuł z wyborcza.pl

sobota, 24 grudnia 2016

24 grudnia



Śpij, Maleńki,
pod gwiazdą w Betlejem,
taka gwiazda to nasze nadzieje.

Śnij, Maleńki,
spokojnie przy ośle,
taki osioł to chleb nasz i pościel.

Śpij, Maleńki,
przy graniu pasterzy,
w sen wierzymy, bo w co mamy wierzyć.

Śpij przy fletach, 
fujarkach i trąbach,
póki cicho, gdy nie gra ci bomba.

Śnij, Maleńki,
w stajence w Betlejem,
taka gwiazda to nasze nadzieje.


























wtorek, 1 listopada 2016

Dzisiaj




Jestem dzisiaj smutna, chcę zamieszkać w szufladzie
z szarym kotem i kubkiem z obdrapaną różą.
Smutki zbiorę na kupkę i przysypię kurzem,
myśli porozrzucam i zostawię w nieładzie,

plany po podłodze rozchlapię i po ścianie,
nakruszę słowami, marzeniami nabrudzę,
trochę pośpię i pośnię, trochę się ponudzę,
a potem puszczę z rurki sto mydlanych baniek.


środa, 12 października 2016

Kiedy




Kiedy przestanę być NIĄ - 
pożądaną,
będę czekać na słońce,
tkwiąc przy oknie w każdy ranek.

Gdy przestaną mi mówić:
moja śliczna,
\będę tylko domowa i sklepowa
i uliczna.

Kiedy córka mej córki
będzie duża,
dla mnie będzie szydełko, garnek zupy 
i odkurzacz.

Gdy przestanie mnie kochać
mój kochany,
będę czekać na słońce,
tkwiąc przy oknie w każdy ranek.




sobota, 20 sierpnia 2016

Garnek z uszami




i garnek z niespodzianką:




wtorek, 16 sierpnia 2016

czwartek, 11 sierpnia 2016

Idzie na deszcz...



Idzie na deszcz,
co dzień słońca coraz mniej.
Jej nie ma tu,
ostygł po niej nawet sen...

Marek Dutkiewicz












niedziela, 31 lipca 2016

niedziela, 24 lipca 2016

wtorek, 19 lipca 2016

Czas jak rzeka



Gdzie modra rzeka niesie wody swe, 
Tam słońca blask ujrzałem pierwszy raz, 
Nad brzegiem jej spędziłem tyle chwil, 
Że dziś bez rzeki smutno mi, 
Tam każdy dzień to skarb 
Dziś mój jedyny skarb. 

Choć czas jak rzeka jak rzeka płynie, 
Unosząc w przeszłość tamte dni, 
Choć czas jak rzeka jak rzeka płynie, 
Unosząc w przeszłość tamte dni, 

Do dni dzieciństwa wraca moja myśl, 
W marzeniach moich żyje rzeka ta, 
Tak bardzo chciałbym być nad brzegiem jej 
Więc niech wspomnienie dalej trwa 
Tam każdy dzień to skarb 
Dziś mój jedyny skarb. 

Czesław Niemen

poniedziałek, 18 lipca 2016

"O Królu Słońcu i jego czterech córkach"



Jest pogodne grudniowe przedpołudnie.
Przedpołudnia zawsze są pogodne we wspomnieniach z dzieciństwa.
Siedzę z młodą ciocią przy stole w pokoju, choinka jest już ubrana, mama gotuje obiad. 
Czytam gazetę i turlam się po stole ze śmiechu.
- Ciociu, przeczytać ci to?
- Czytaj, dziecko, czytaj - kiwa głową ciocia, zdaje się, że znad szydełka.
Czytam, przez chwilę ciocia słucha, wreszcie zerka do gazety i zaczyna krzyczeć:
- Danka, rany boskie, to dziecko umie czytać!!
Matka przybiega z kuchni przerażona.
- Myślałam, że tak się wygłupia i zmyśla, a ona naprawdę czyta!
Przeczytaj to! - ciocia podsuwa fragment gazety.
Czytam posłusznie, 
- Ona ma pięć lat, nie wiem, jak to możliwe, nikt jej tego nie uczył! - mama naprawdę jest przerażona, że w jej córce tkwią diabelskie moce.
Następują długie i wnikliwe deliberacje. Na świadków powołuje się tatę i sąsiadki, chyba też koleżanki z podwórka, szczególnie te starsze. Nikt nie przyznaje się do tajnego nauczania,
nikt nie potrafi rozwikłać zagadki. Cud, że nie poddają mnie egzorcyzmom.
Na szczęście, czteromiesięczny brat jest bardzo absorbujący i odwraca uwagę mamy od dziwacznej starszej córki.
Mogę czytać w spokoju.
Nie pamiętam, kiedy i w jaki sposób nauczyłam się czytać, ale wiem, dlaczego.
Bo świat, który chował się za szeregami czarnych liter, był tym światem, który już wtedy wabił mnie swoim czarem mocniej niż świat rzeczywisty.






Baśń "O Królu Słońcu i jego czterech córkach" była jedną z najważniejszych książeczek mojego wczesnego dzieciństwa, nie tyle ze względu na prostą fabułkę, lecz dzięki ilustracjom Józefa Wilkonia, jednego z mistrzów w tej dziedzinie.
Do tej pory tylko tak umiem wyobrażać sobie pory roku - jako piękne córki Króla Słońca.
Oczywiście, byłam zawsze Wiosną, tą najmłodszą i najładniejszą i do dzisiaj, hm.. nią jestem.
Nikt o tym nie wie, więc nikt się z tego nie śmieje.




























czwartek, 14 lipca 2016

Wieczorem lipcowym



Wieczorem lipcowym mgły podchodzą na łąki,
mokra jest jarzębina,
koty czekają, oprószone zmierzchem.